Stół do jadalni, który gra pierwsze skrzypce w twoim mieszkaniu

De Atelier Tableaux de bord Migrateurs
Aller à la navigation Aller à la recherche


Pamiętam, jak wprowadzałam się do swojego pierwszego samodzielnego mieszkania. Było małe, ledwie trzydzieści metrów, a ja miałam obsesję na punkcie stołu do jadalni. Nie chciałam kolejnego składanego blatu przyklejonego do ściany. Chciałam prawdziwego stołu, przy którym zmieści się sześć osób, a nie tylko ja z kubkiem kawy. Problem w tym, że w pokoju dziennym ledwo starczało miejsca na kanapę i regał. Zaczęłam więc szukać mebla, który będzie pełnił kilka funkcji naraz. I wiecie co? Znalazłam. Stół do jadalni może być sercem domu, nawet jeśli ten dom ma metraż rodem z kawalerki. Trzeba tylko umieć go wybrać.



Największym wyzwaniem w małych przestrzeniach jest znalezienie stołu, który nie zje całej podłogi. Przerabiałam to na własnej skórze, gdy goście na noc stawali się problemem, bo rozkładana kanapa z funkcją spania zajmowała połowę pokoju, a ja nie miałam gdzie postawić talerzy. Rozwiązaniem okazał się stół z mechanizmem rozkładania. Nie taki zwykły, z dokładanymi skrzydłami, które wiecznie gubiły się pod szafą. Wybrałam model z wysuwanym blatem, który w codziennym użyciu ma sto dwadzieścia centymetrów, a po rozłożeniu robi się z niego dwumetrowy stół do jadalni. Przy nim spokojnie siada osiem osób. Gdy jest złożony, zajmuje tyle miejsca co konsola pod ścianą.



to krzesła. Długo myślałam, że muszą być identyczne i ustawione w równym rządku. Potem odkryłam, że mieszanie stylów dodaje charakteru. Do mojego stołu do jadalni dobrałam dwa welurowe fotele z wysokim oparciem i trzy proste krzesła z dębu. Tapicerka welurowa to strzał w dziesiątkę, bo jest miękka w dotyku i łatwa do czyszczenia, a przy okazji dodaje wnętrzu przytulności. Ważne, żeby siedzisko miało wysokość dokładnie czterdziestu pięciu centymetrów od podłogi, bo inaczej jedzenie przy stole zamienia się w gimnastykę. Sprawdzałam to na własnych plecach.



Nie zapominajmy o tym, że stół do jadalni to nie tylko miejsce do jedzenia. U mnie często ląduje na nim laptop, sterty papierów, a nawet maszyna do szycia. Dlatego wybrałam blat z litego drewna, a nie z płyty wiórowej. Jest trwalszy, a rysy i plamy z kawy nadają mu charakteru, zamiast go niszczyć. Do tego dodałam szklane podstawki i lniane serwetki, które chronią powierzchnię. Jeśli macie małe dzieci, polecam blat dębowy albo jesionowy, bo są twarde i wybaczają więcej niż sosna.



A co z gośćmi na noc? To był mój największy ból głowy, dopóki nie znalazłam rozwiązania w postaci sofy, która w ciągu dnia służy do siedzenia, a wieczorem zamienia się w łóżko. Do tego dobrałam stół do jadalni, który można łatwo przesunąć pod ścianę, żeby zrobić miejsce na rozłożoną kanapę z funkcją spania. Ważne, żeby meble nie stały na stałe na jednym dywanie, bo przesuwanie ciężkiego stołu co wieczór to męczarnia. Postawiłam na kółka pod nogami stołu, ale takie z blokadą, żeby nie uciekał przy obiedzie.



Jeśli chodzi o wygodę spania, to kanapa z funkcją spania musi mieć porządny mechanizm. Polecam mechanizm DL, bo jest prosty w obsłudze i nie wymaga siłowni do rozłożenia. Do tego stelaz listwowy, który równomiernie rozkłada ciężar, i materac piankowy o grubości szesnastu centymetrów. Wtedy goście nie narzekają na wgniecenia w plecach. Sama przerabiałam wersalkę z cienkim materacem i goście budzili się z bólem kręgosłupa. Teraz mam łóżko z pojemnikiem na pościel, które chowa koce i poduszki, więc nie muszę trzymać zapasowych rzeczy w szafie.



Kolor stołu też robi różnicę. Jasne drewno, na przykład buk czy klon, optycznie powiększa przestrzeń i pasuje do każdej podłogi. Ciemny orzech czy wenge dodaje elegancji, ale w małym pokoju może przytłaczać. Ja postawiłam na bielony dąb, który odbija światło i sprawia, że pokój wydaje się większy. Do tego dobrałam przezroczyste krzesła z akrylu, które są prawie niewidoczne. Dzięki temu stół do jadalni nie dominuje w pomieszczeniu, a staje się jego naturalnym centrum.



Na koniec drobny detal, który często umyka. Chodzi o odległość między stołem a ścianą. Zostawcie przynajmniej dziewięćdziesiąt centymetrów z każdej strony, żeby swobodnie odsunąć krzesło i wstać. U mnie początkowo było osiemdziesiąt i ciągle obijałam biodra o krawędź. Przesunęłam stół o dziesięć centymetrów i różnica jest ogromna. Teraz przy obiedzie nikt nie czuje się jak w windzie. Stół do jadalni ma być miejscem spotkań, a nie przeszkodą na trasie do lodówki.